świadectwa

Kiedy chce się zniszczyć religię, zaczyna się od ataków na kapłanów, bo tam, gdzie nie ma kapłana, nie ma już ofiary i religii.

Gdyby zniesiono sakrament święceń, nie mielibyśmy Pana. Któż Go złożył tam, w tabernakulum? Kapłan. Kto przyjął waszą duszę, gdy po raz pierwszy wkroczyła w życie? Kapłan. Kto ją karmi, by dać siłę na wypełnienie jej pielgrzymki? Kapłan. Któż ją przygotuje, by pojawiła się przed Bogiem, obmywając ją po raz ostatni we Krwi Jezusa Chrystusa? Kapłan, zawsze kapłan. A jeśli ta dusza umiera ze względu na grzech, kto ją wskrzesi, kto da jej ciszę i pokój? Znowu kapłan… Po Bogu kapłan jest wszystkim!… On sam pojmie się w pełni dopiero w niebie.

(św. Jan Maria Vianney)

Znam wielu dobrych i mądrych kapłanów, którzy przyczynili się do mojego wzrostu duchowego. Ich pomoc wielokrotnie pomogła wyjść z życiowych „dołków”. Jestem blisko Kościoła i księża, z którymi mam do czynienia, to wspaniali i charyzmatyczni ludzie, których nie nudzi siedzenie w konfesjonale. Są to osoby, które lubią działać, chcą i organizują różne spotkania. Tworzą wspólnoty przy parafiach, żeby złączyć ludzi. Poświęcają dużo czasu i energii, żeby służyć, często kosztem swojego zdrowia. Jestem wdzięczna kapłanom za ich posługę przy ołtarzu. Za to, że dzięki nim mogę przyjmować sakramenty i doświadczać bliskości Boga. Dzięki takim kapłanom poznałam lepszy świat. Świat z Bogiem – lepszego nie mogłam sobie wymarzyć.
Agnieszka, Bydgoszcz


Jest 3 czerwca 2019 roku, poniedziałek. Trzy dni temu minęła sześćdziesiąta
pierwsza rocznica święceń kapłańskich księdza Tadeusza Makowskiego, upłynęła 31 maja. A Kościół powszechny, który żyje i działa na naszej ziemi, przeżywa – bezpośrednio w dniach 2-10 czerwca – czterdziestą rocznicę pierwszej pielgrzymki świętego Jana Pawła II do Ojczyzny. Dziś dokładnie cztery dekady, gdy Pątnik w białej sutannie z krzyżem przewieszonym przez głowę przybył na błonia Nałęcz i nawiedził Gniezno.
O księdzu Tadeuszu Makowskim pragnę dać świadectwo…
Pragnę dać świadectwo, ponieważ ten kapłan wywarł zasadniczy wpływ na kształt mojego życia. I nieprzerwanie go wywiera, gdyż znaczone miłością Boga i bliźniego posługa i postawa księdza Tadeusza nadal we mnie trwają. Trwają i owocują nie moją własną kruchą siłą, ale przez Ducha Świętego i Jego dary. Wiem, że chcę zawsze być otwarty na tego Ducha, choć tyle razy zawodzę. Tyle razy moje serce jest zbyt zamknięte, zbyt sztywne, zbyt egoistyczne – a nawet egotyczne. Wierzę, że Bóg na określonym etapie mojego życia umożliwił mi poznanie księdza Tadeusza Makowskiego, bym starał się być żywiej ukryty w Panu i bardziej autentycznie od Niego wychodzić do innych z miłością i pokojem. Pragnę dać świadectwo, gdyż szczególne znamię kapłańskiej misji księdza Tadeusza Makowskiego to ojcostwo – ten, obecnie osiemdziesięciopięcioletni, kapłan jest dla mnie Ojcem.
Pragnę dać świadectwo, gdyż tajemnica jego ojcostwa, wciąż rodzącego się z
tajemnicy Trójcy Świętej, wiąże się, jak wierzę, opatrznościowo z tym nadprzyrodzonym a równocześnie tak ludzkim misterium, jakim była i w przestrzeni ducha nieustannie jest pierwsza podróż apostolska Ojca Świętego Jana Pawła II do Polski. A żywię przekonanie, że posługa księdza Tadeusza Makowskiego została poprzez Światło, którym jest Chrystus, jak
gdyby podwójnie rozjaśniona wskutek duchowej więzi z osobą, całym pontyfikatem i dziedzictwem świętego Papieża. Pytanie o powołanie kapłańskie jest w istocie ciągłym pytaniem o miłość i nieustannym dawaniem odpowiedzi poprzez miłość. Wezwanie do posługi Piotrowej również jest stałym wołaniem o miłość i ustawiczną odpowiedzią na to
Boże wołanie. Aktualność słów, jakimi Chrystus, pytając trzykrotnie o miłość, zwrócił się bezpośrednio do Apostoła Piotra i do jego następców, w tym do świętego Jana Pawła II, rozciąga się bezpośrednio na każdego kto należy do Kościoła powszechnego. „Paś owce moje” (J. 21, 17).
„Paś owce moje” (J 21,17). Ksiądz Tadeusz Makowski, którego poznałem w roku akademickim 1998/1999 jako student pierwszego roku teologii w Prymasowskim Instytucie Teologicznym im. Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Gnieźnie (od roku 1999/2000 afiliowanego do Wydziału Teologicznego im. Adama Mickiewicza jako Sekcja w Gnieźnie), bardzo często podkreślał, że na mocy Chrztu wszyscy zostaliśmy wyposażeni w misję pasterską Kościoła – wszyscy, bez żadnego wyjątku, każdy na miarę powołania, jakim obdarował go Stwórca. Znamienne jest dla mnie to, że gdy dziś na osoby, które nigdy nie założyły rodziny – na panny i kawalerów – coraz częściej patrzy się stereotypowo, w sposób spłaszczony, jako na ludzi niezaradnych i nienadążających za wymogami współczesności, ksiądz Tadeusz Makowski – Ojciec – już na przełomie stuleci akcentował, że bycie samotnym w świecie to również powołanie – i to powołanie, które buduje Kościół i jest ciągle niedocenianym darem dla ludzi. On po ojcowsku uświadomił mi, że pozostawanie niezamężną lub nieżonatym powinno oznaczać bardziej bycie dla innych, także dla tych, spoza kręgu rodzinnego. Bycie dla osób spoza rodziny – to szczególny rys samotnych w świecie. Ojciec wielokrotnie mówił, że poprzez ludzkie i chrześcijańskie posłannictwo niezamężnych i nieżonatych powinny owocnie spełniać się słowa Apostoła Pawła: Bóg wybrał właśnie to, co głupie w oczach świata, aby zawstydzić mędrców, wybrał to, co niemocne, aby mocnych poniżyć; i to, co nie szlachetne urodzone według świata i wzgardzone, i to, co nie jest, wyróżnił Bóg, by to, co jest, unicestwić, tak by się żadne stworzenie nie chełpiło wobec Boga (1 Kor 1, 27).
To nauczanie księdza Tadeusza zapadło mi w serce i pamięć – i dlatego także dziś pozostawanie samotnym w świecie nie jest dla mnie brakiem nadziei na małżeństwo, lecz jest źródłem nadziei, że to moje bycie dla drugich, wychodzenie ku drugim przyniesie kiedyś dobre owoce. Przyniesie za łaską Boga. Przyniesie podczas mego ziemskiego życia bądź po jego zakończeniu.
Przez wiele miesięcy myślałem o tym, że Ojciec umie wspaniale, ciekawie mówić. Mogłem o tym się przekonać, słuchając jego wykładów z katolickiej nauki społecznej, teologii pastoralnej i katolickiej nauki o małżeństwie i rodzinie. Podczas mych sześcioletnich studiów teologicznych ważnym momentem była tak zwana duża przerwa, przypadająca zawsze w sobotę pomiędzy godzinami 12.30 a 13.00. W jej ramach o 12.45 do seminaryjnej
kaplicy pod wezwaniem Zwiastowania Najświętszej Maryi Panny przychodzili świeccy studenci teologii, przynajmniej ich część, by odmówić i przeżyć modlitwę Anioł Pański. Wielokrotnie my, studenci, zastawaliśmy tam księdza Tadeusza oddanego Bogu w modlitwie, poprzez modlitwę, przeważnie różańcową. Tak. On był w kaplicy przed nami. Swym przykładem dobitnie i zarazem w cichości serca pokazywał, że pasterz staje się ojcem i prowadzi wierzących – swe duchowe córki i swych duchowych synów – najpierw przez modlitwę, także tę, która jest trwaniem w adoracji przed Najświętszym Sakramentem. Tam tętni Życiem tożsamość chrześcijanina, w tym kapłana. Ileż to już pokoleń modliło się w tej seminaryjnej kaplicy, iluż pośród nich alumnów, iluż kapłanów… Jakże paralelne są tu słowa Papieża Jana Pawła II wypowiedziane w Kalwarii Zebrzydowskiej 7 czerwca 1979 roku:
Zawsze tu miałem świadomość, że zanurzam się w rezerwuarze wiary, nadziei i miłości, które naniosły na to Sanktuarium całe pokolenia Ludu Bożego, ziem, z której pochodzę […].
„ Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham” (J 21, 17) ksiądz Tadeusz Makowski, w Chrystusie mój duchowy Ojciec, już przez sześćdziesiąt jeden lat wypełnia swe kapłańskie posłannictwo, idąc po śladach tych słów Szymona Piotra.
Krystian Cieśliński, Czerniejewo


Każdy, dla którego ważne miejsce w sercu zajmuje Pan Bóg, który widzi Kościół przez duże „K”, miewa czasem rozterki na temat wiary, na temat miłości Pana Boga, intetesuje się tym, co dzieje się w Kościele, chce żyć godnie i zgodnie z przykazaniami, z sumieniem, chce służyć drugiemu człowiekowi, chce się angażować. W tym wszystkim, mimo najszczerszych chęci, mogą zdażyć się wątpliwości.
Ja, jako dziewczyna, która 5 lat angażuje się w życie Kościoła, mogę z całą pewnością powiedzieć, że wątpliwości się zdarzają i zdarzać się będą. Mimo mojego ciągłego dążenia do doskonałości, nie jestem idealna, popełniam błędy, ale w tym wszystkim zawsze pomocną dłoń wyciągają księża. Ilekroć w moim sercu pojawiły się jakieś wątpliwości, pytania, problemy, zawsze obok był kapłan, kleryk, który mnie wysłuchał. Wiedząc, że chcę żyć tak, jak Chrystus, wiem, że najlepszą osobą, z którą mogę o tym porozmawiać, jest właśnie osoba duchowna. Kiedyś nosiłam pewne pytanie w głowie, ale bałam się o tym mówić. Bo co, jeśli ksiądz nie zrozumie, albo mnie wyśmieje. Tak myślałam. Było zupełnie inaczej. Wysłuchał mnie i cierpliwie tłumaczył, radził, pomagał. Wiedziałam, że do nikogo innego nie udałabym się z tym pytaniem i wiedziałam, że tylko ksiądz jest w stanie mi pomóc. Może nie wie, ale doskonale pamiętam jego słowa. Na koniec usłyszałam piękne słowa, które z pewnością zapamiętam do końca życia. Księża to ludzie, którzy często, nawet o tym nie wiedząc, pomagają nam rozwiązać  największe wątpliwości. I to jest piękne.
Martyna, Ruch Światło-Życie


Tak naprawdę nie powinienem dożyć do 2019 r., choć ledwo przekroczyłem 40 lat…
Matka Boża dokonała cudownej przemiany mojego życia. Odpowiedziała osobiście na moją prośbę o uratowanie mojego życia, mojego małżeństwa i mojej rodziny.
W grudniu 2018 r., pracując w nowym miejscu w korporacji, zostałem zapytany, czy po szkoleniu udam się z osobami chętnymi do kościoła, aby pomodlić się w godzinę Łaski Bożej dla Świata. Tak naprawdę nie wiedziałem, co to oznacza, nie wiedziałem, jak odbyć tę godzinę, i jak mam się modlić, ale zgodziłem się.
Przez lata nie chodziłem do kościoła, bo odwróciłem się od Boga. Prawie wcale nie modliłem się, moja wiara była pobieżna, nie korzystałem z sakramentów świętych. Bóg był dla mnie pojęciem nierealnym i nie doświadczanym. Pan Jezus i Matka Boża były osobami, z którymi nie można spotkać się i porozmawiać, takimi postaciami, które są obecne w kościele i na obrazach, które realnie nie funkcjonują w naszej rzeczywistości. Żyłem wygodnie, korzystając z życia. Żyjąc w grzechu, wiedziałem, że robię źle, ale nie przejmowałem się za bardzo konsekwencjami moich decyzji. Żyłem w brudzie grzechu śmiertelnego i nie miałem już odwagi spojrzeć Bogu w oczy, nawet w takim dniu jak Boże Narodzenie. Wiem, że mój dom został opanowany przez piekło, a siły nieczyste zabiły nasze szczęście rodzinne i zniewoliły moją duszę.
Jak to wyglądało w praktyce…?
Powiem tylko tyle, że na przykład kolejna burza i awantura z moją żona dawała mi wewnętrzna diabelską satysfakcję. Chęć i dążenie do rozbicia mojej rodziny i małżeństwa nie przerażała mnie. Pamiętam widok mojej żony, po jednej z kłótni, która z płaczem na kolanach prosiła mnie, żebym nie odszedł od rodziny, nie opuścił domu rodzinnego i nie rozbił tego dzieciom, które bardzo mnie kochają. Brak wzajemnego poszanowania, brak uczciwości i miłości w małżeństwie, niszczenie poczucia bezpieczeństwa i rujnowanie całego świata moich dzieci stały się moją potworną codziennością…
Jednym słowem moje życie prywatne legło w gruzach, tak po ludzku nie miałem już małżeństwa, ale jedynie silne pragnienie wychowania moich córek do życia w dorosłości…
Jakby tego było mało, miałem też poważne problemy ze zdrowiem (serce, ciśnienie krwi, niewydolność krążenia), co było związane z nałogowym paleniem papierosów (prawie 30 sztuk dziennie) oraz nałogowym piciem kawy. Poziom stresu w dotychczasowym życiu zawodowym i prywatnym nieomal doprowadził do zejścia z tego świata. Pomimo silnych bólów w lewej nodze nie miałem świadomości, że już prawie nie krąży krew w moich żyłach i niewiele brakuje do śmiertelnego incydentu zakrzepowego…
Teraz wiem, że Pan Bóg dopuścił działanie złego ducha w moim życiu. I wiem, że pozwolił mi doświadczyć tyle zła, ile zdołam udźwignąć. Zapewne bez interwencji niebiańskiej doszłoby do strasznych – tak po ludzku -wydarzeń, które najboleśniej odczułyby moje dzieci.
Wstyd, smutek, rozpacz, nienawiść – nie wiem co jeszcze doświadczyłyby moje pociechy. Wiem, że świat moich dzieci runąłby gwałtownie i nagle z dnia na dzień nie byłoby już odwrotu. Piekło pokonałoby do końca moją rodzinę i mnie, ostatecznie niszcząc wszystko, co dobre. Żyłem w smutku, samotności, wyobcowany, pełen negatywnych myśli, pełen zazdrości i nienawiści nawet do osób bliskich z mojej rodziny. Nie potrafiłem też pogodzić się ze śmiercią mojej mamy, która cierpiąc liczne choroby, aprzede wszystkim straszne upokorzenia,przeszła prawdziwą drogę przez mękę po to, aby wychować mnie wraz z bratem do życia samodzielnego i szczęśliwego w dorosłości. Miałem w sercu żal do świata, że moje trudne i bolesne doświadczenia życiowe są niesprawiedliwością wobec wesołegoi beztroskiego życia innych osób, które w moim mniemaniu na to nie zasługiwały. Tym bardziej, że łatwo osądzałem innych,widząc w ich życiu nieuczciwość, zakłamanie, obłudę czy upadek moralny.
Dlatego po szkoleniu w dniu 8 grudnia poszedłem do kaplicy wieczystej adoracji w Gdańsku na ul. Elżbietańskiej do Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej. Zgromadzone tam osoby w ciszy i skupieniu modliły się na kolanach. Miałem wrażenie, że nie mam tam ochoty pozostać, nie zgięły się moje kolana. Nie odmawiałem Ojcze Nasz, Zdrowaś Mario…
Częściowo rozglądałem się dookoła a częściowo wpatrywałem się w Hostię wystawioną na ołtarzu celem adoracji. Nie rozumiałem,po co tu jestem, ale wewnętrznie poczułem, że chcę przeprosić za zło w moim życiu oraz że potrzebuję pomocy i proszę o tę pomoc.
Do mojej głowy i świadomości popłynęły myśli: Matko Boża pomóż mi! Chcę uratować i naprawić moje małżeństwo, chcę aby moje córki miały normalny dom i szczęśliwe dzieciństwo, chcę rzucić palenie bo tak bardzo źle się czuję, chcę mieć syna, nie pozwól mi zrobić coś naprawdę bardzo złego…
Pomimo że założyłem rodzinę, zostałem ojcem dwójki wspaniałych dzieci,to nie potrafiłem cieszyć się z życia. Nie potrafiłem być źródłem radości i szczęścia oraz filarem poczucia bezpieczeństwa dla żony i córek. Po 8 grudnia dalej żyłem jak do tej pory. Biegałem do pracy, wracałem do domu, który przestał być dla mnie domem rodzinnym. Starałem się pomóc córkom w odrabianiu lekcji. Z żoną mieszkaliśmy pod jednym dachem jak obcy i wrodzy sobie ludzie. Codziennie paliłem papierosy i oglądałem do późna w nocy cały Internet. Brakowało mi już sił i ochoty do życia. Na szczęście Boża opatrzność czuwała nade mną.
W dniu 17 stycznia 2018 r. otrzymałem ponownie dar nowego życia, jakże piękniejszego i lepszego życia. Zostałem wysłany na kolejną delegację służbową. Razem z moim obecnie przyjacielem pojechaliśmy służbowo pod Warszawę. Po pracy zajechałem po mojego kolegę i razem ruszyliśmy w trasę. Jadąc autem dzień wcześniej przed podjęciem obowiązków
służbowych rozprawialiśmy w trakcie podróży o Bogu, o wierze, słuchaliśmy konferencji Ojca Pelanowskiego „Nie ma już czasu”. Teraz już wiem, że to nie przypadek, że towarzyszem mojej podróży był Niewolnik Maryi. Jakiś czas wcześniej,jakoś w grudniu,zauważyłem w naszej pracy, że nosi on na ręku metalowy łańcuch. Wyjaśnił mi wówczas, że to materialny ślad oddania swego życia w ręce Maryi zgodnie z duchowością Św. Ludwika Marii Grignion de Montfort . Wówczas nie zrozumiałe … W drodze do hotelu, prowadząc auto, opowiadałem jakoś nad wyraz otwarcie i w zaufaniu o moim odsunięciu się od Pana Boga o jego wyrzuceniu z mojego życiu,a wręcz wątpliwościach czy nie jestem zniewolny przez zło… Kolega poprosił abym zatrzymał auto i pocałował krzyż Św. Benedykta,co bez większego wahania uczyniłem. Następnie przystałem na propozycję aby podjechać po drodze do sanktuarium w Gietrzwałdzie. Uważałem, że skoro dopiero jutro rozpoczynamy pracę,to możemy tak postąpić. Dojeżdżając z Gdańska do Gietrzwałdu coraz silniej myślałem o tym,aby zapalić papierosa. W końcu od wyjazdu z miasta rodzinnego upłynęło już sporo czasu, tym bardziej, że poruszaliśmy się po drodze bez pośpiechu. Powoli zajechaliśmy na miejsce pierwotnie nieplanowane w trasie podróży. Zaparkowałem auto przed domem pielgrzyma i oświadczyłem, że teraz to muszę zapalić papierosa. Kolega z tajemniczym uśmiechem odrzekł, że skoro już przyjechałem do Mateczki,to nie wypada teraz palić papierosa,tylko pójść do kapliczki i pomodlić się. Nie wiem czemu,ale zgodziłem się,przy czym dodałem, że jednak najpierw muszę skorzystać z toalety,ponieważ podróż trwała już kilka godzin. Udałem się do toalety i tam po załatwieniu potrzeby zanim umyłem ręce nagle nie zastanawiając się nad tym co robię sięgnąłem do kieszeni i wyrzuciłem jakoś automatycznie,bezwolnie prawie pełna paczkę papierosów do śmietnika stojącegotuż przy umywalce. Wyszedłem z budynku i razem udaliśmy się pod kapliczkę. Zauważyłem, że dookoła było biało od śniegu i powoli mrok ogarniał okolicę,choć było jeszcze całkiem widno. Była około godziny 17,może 18. Uklęknęliśmy przed kapliczką i zaczęliśmy się modlić. Zamknąłem oczy. Po chwili otworzyłem je i ujrzałem Maryję. Najpierw, podnosząc wzrok, dojrzałem Jej bose stopy zawieszone nad ziemią, jakby na obłoku, a za chwilę, podnosząc wzrok do góry, ku postaci Przenajświętszej Matki Jezusa, całą promieniująca jasnością postać oświetlającą na biało i jakby niebiesko biały śnieg.
W ułamku kilku może sekund poczułem bliskość nieba, błogość, radość, uczucia tak piękne, że nie sposób je wyrazić. Zrozumiałem od razu, jakby momentalnie, że to cud spotkania z Bogurodzicą, na który nie zasługuję, że nie jestem tego godny, godny patrzeć na Przenajświętszą Matkę Boga. W tej sekundzie zadzwonił telefon komórkowy, który miałem przy sobie. Wróciła mi jakby świadomość, gdzie jestem, że klęczę na śniegu przed figurą w kapliczce. Że to cudowne objawienie zniknęło, że tak pięknej i cudownej Maryi już nie ma tam cudownie obecnej w powietrzu obok kapliczki. Popatrzyłem jakby trochę oszołomiony, obudzony, na telefon. Kolega zapytał: „Kto dzwoni, Magda?” Dodał: „No to odbierz.” Wstał i odszedł na bok, a ja w tym momencie powiedziałem do aparatu: „Magda, czy
Ty wiesz, gdzie ja jestem?” Po chwili ciszy padła odpowiedź: „ W Gietrzwałdzie”. Nie mogłem pojąć, skąd i jak to wiedziała . Zapytałem: „Skąd wiesz, przecież jechałem pod Warszawę”. Odparła: „Nie wiem, tak to czuję”. Rozpłakałem się, nie mogłem opanować łez. Rozmawialiśmy przez telefon o nas i o naszych dzieciach. Potem podszedłem do Roberta. Powiedział, że czuje, że Maryja, Matka Jezusa, Ona tu jest. Odrzekłem, że tak, przed chwilą zobaczyłem JĄ. Potem udaliśmy się do sanktuarium, nie wiedząc, czemu w kościele nie było żywej duszy, a jednak wszystkie światła były pozapalane, paliły się świece. W kościele panował lekki półmrok. Klęknęliśmy i rozpoczęliśmy wspólną modlitwę. Robert miał w komórce treść różnych modlitw, które odmawialiśmy, m.in. egzorcyzm do Świętego Michała Archanioła.
Potem położyliśmy się krzyżem. Pamiętam, że w kościele posadzka była bardzo zimna. Zrobiło mi się trochę zimno. Poczułem chłód na moim czole i w rękach. Modliliśmy się dalej. W pewnym momencie poczułem, jak ogromny ciężar spadł z całego mojego ciała, tak jakby ktoś zrzucił ze mnie gruz, który przygniatał mnie. Poczułem się znowu cudownie lekko i było mi bardzo ciepło. Uklęknąłem i, wpatrując się w cudowny obraz Matki Boskiej, nagle zobaczyłem jakby w trójwymiarze, że twarz Matki Boskiej jakby wysunęła się do przodu do mnie, a za chwile zobaczyłem w miejsce Matki Bożej uśmiechniętą twarz mojej św. pamięci Mamy. Trwało to nie wiem jak długo, nie miałem poczucia czasu ani świadomości, co wokół mnie otacza. Z tego stanu niejako wybudziłem się ponieważ powiedziałem na głos: „Dziękuję Ci, Matko Boża”. Do moich oczu znowu cisnęły mi się łzy, nad którymi z trudem mogłem zapanować. Za moment zerknąłem obok, gdzie blisko mnie klęczał Robert.
Dostrzegłem, że rozwarł, jakby ze zdziwienia, szeroko usta. Teraz, wracając pamięcią do tego zdarzenia, myślę, że wszystko to trwało jedynie dłuższą chwilę.
Pamiętam jeszcze, że w samochodzie po wyjeździe z Gietrzwałdu podczas jazdy już do naszego hotelu do głowy przyszła myśl o zapaleniu papierosa. Wcześniej nie pamiętałem o niszczącym moje życie obowiązku zapalenia papierosa. Uprzednio z reguły jeżdżąc w długie trasy z moją rodziną jako kierowca, który nie chciał „co chwilę” rozbić przerwy na papierosa, praktykowałem zwyczaj wąchania moich palców, które u mnie, jako nałogowego palacza, przesiąknięte były zapachem nikotyny. To mi na krótko wystarczało, aby oszukać niecierpliwe pragnienie zapalenia papierosa, no chyba że miałem ze sobą tabakę. Ku mojemu zakończeniu w trakcie jazdy z Gietrzwałdu moje palce pachniały różami. Robert powiedział mi, że róże to Matka Boska… To był ostatni dzień w moim życiu, kiedy zapaliłem papierosa. Z dnia na dzień przeszła mi ochota na palenie, które wielokrotnie uprzednio starałem się rzucić na prośbę moich córek czy nalegania małżonki. Pamiętam jeszcze, że po przyjeździe do hotelu ponownie rozmawiałem z Magda informując, że już jesteśmy bezpiecznie na miejscu i relacjonując to, co właśnie mi się przydarzyło… Pamiętam doskonale tę rozmowę, bo w momencie, w którym zaczęliśmy rozmawiać o szkole i przedmiotach starszej córki, nagle w słuchawce pojawił się głos nie z tej ziemi, który nie należał do Magdy. Na moje zdanie skierowane do Magdy o przedmiotach szkolnych córki, jak powtórzone echo zabrzmiał piekielny głos, mówiący: „Jakie przedmioty.”. Był to zachrypnięty, gruby głos, jakby demoniczny… Pamiętam, że wówczas czułem się tak radosny, tak szczęśliwy i tak lekki na duchu, że nie przestraszyło mnie to wcale. Zrozumiałem, że Matka Boża jest cały czas blisko mnie. Po tym wszystkim do głowy przychodziły mi różne myśli. Wiem, że nie był to sen i wiem, że to, czego doświadczyłem, po prostu wydarzyło się. Magda oświadczyła mi, że był taki moment wcześniej podczas naszego życia w „piekle domowym”, że przyszła do niej moja śp. Mama i poprosiła, aby mnie nie zostawiła, bo sobie nie poradzę… Wiem, że decyzja, aby nie rozstać się ze mną, kosztowała moją Magdę dużo wysiłku, zdrowia i modlitwy… Wiem również, że moja śp. Mama jest już w niebie i modli się tam, i wstawia za mną i całą moją rodziną.
Niesamowite, że zarówno ja, jak i Robert, doświadczyliśmy spotkania z nią, z jej duszą. Mam świadomość, że moja historia zapewne brzmi dla Ciebie niewiarygodnie, jak opowieść.
Mogę tylko rzec, że dla Pana Boga nie ma rzeczy niemożliwych. Jeśli naprawdę żałujesz za to, co zrobiłeś złego innym ludziom, i za swoje grzechy. Jeśli naprawdę chcesz zmienić swoje życie i najbliższych Twemu sercu ludzi. W moim życiu dokonał się cud, bo poprosiłem Matkę Boska o pomoc. Po ludzku pewne sytuacje życiowe wydawały się już nie do naprawienia. A jednak dziś jestem szczęśliwym człowiekiem!
Chcę się podzielić jeszcze czymś, co uważam za bardzo istotne. Żyjąc w brudzie, nie miałem odwagi wytrzymać spojrzenie Przenajświętszej i Przejrzystszej Bogurodzicy Dziewicy… Spoglądając w jej Święte Oblicze, od razu spuściłem wzrok w dół w poczuciu świadomości wstydu, jak źle i grzesznie żyłem. Do końca życia zrobię wszystko, aby naprawić to, co popsułem, i zadośćuczynić.
Dziękując Matce Bożej za ratunek, opiekę i cud spotkania w Gietrzwałdzie, ofiarowałem moje życie Matce Jezusa – moje całe życie i moją rodzinę. W marcu 2018 r. zostałem Niewolnikiem Maryi zawierzając się jej całkowicie. Przyjąłem szkaplerz karmelitański, wstąpiłem do nowicjatu Rycerzy Chrystusa i Świątyni Jerozolimskiej (Templariuszy), przyjąłem szkaplerz Św. Michała, całą rodziną pojechaliśmy na wakacje do Chorwacji i stamtąd odwiedziliśmy Matkę Bożą w Medjugorje, pojechałem wraz małżonką na drugi koniec Polski na rekolekcje małżeńskie i odnowienie przysięgi małżeńskiej, mam odwagę, by mówić o Bogu, i raduje się moje serce, jeśli udaje mi się codziennie przyjąć do serca w Eucharystii Pana Jezusa i codziennie odmówić różaniec święty.
Teraz moim marzeniem jest pomóc ludziom, którzy, tak jak ja, na jakimś etapie swojego życia pogubili się. Nikt z nas nie jest bez grzechu, ale Pan Bóg nigdy nas nie skreśla. Pan Jezus czeka cierpliwie na każdego z nas. Tak jak czekał na mnie, dopuszczając nawet działanie złego ducha w moim życiu.
Lata temu był taki moment, kiedy rzekłem: „Panie Boże, tak mi trudno w życiu, ale TAK, chcę wziąć krzyż na moje barki.” Niedługo wytrzymałem w takim postanowieniu. Ne chciałem cierpieć, chciałem korzystać z uroków życia. Bardzo szybko uległem pokusie, aż do zatracenia mojej duszy w coraz dłuższym ciągu zdarzeń, które obrażały GO tymi samymi grzechami śmiertelnymi dla mojej duszy. Ale wiem, że najpierw, pełen pokory i miłości, muszę naprawić to, co zepsułem w moim małżeństwie i w życiu moich ukochanych córek.
Odpowiadając na pytania:
TAK, żyłem w brudzie i w grzechu i wówczas było mi z tym dobrze, bo uważałem, że to moja sprawa,
TAK, nie potrzebowałem Boga do niczego,
TAK, rodzice, ratując moje życie i zdrowie, zabrali mnie do Harrisa,
TAK, zasypiałem przed telewizorem podczas seansów Kaszpirowskiego,
TAK, byłem u wróżek,
TAK, bywałem na dyskotekach z muzyką techno,
TAK, słuchałem muzyki satanistycznej w liceum,
TAK, nie rozumiałem, że Pan Bóg jest Bogiem żywym, a nie jest tylko koncepcją na obrazku,
TAK, nie wiedziałem, jak BÓG bardzo nas kocha i chce naszego dobra, jak bardzo jest Miłosiernym, ale i Sprawiedliwym Bogiem,
TAK, nie miałem pojęcia, że diabeł to nie wymysł bajkowy, ale żywa, realna, inteligentna siła którą Cię nienawidzi tak, jak nienawidzi Pana Boga,
TAK, nie czułem wcześniej obecności i opieki Matki Bożej, nie wiedziałem, co to za siła potężna i cudowna,
TAK, moja świętej pamięci Mama spotkała się nie tylko ze mną… ale i z innymi.
Bóg używa słabych rzeczy z tego świata, by poniżyć silne.
Bóg może użyć każdego z nas, aby dokonać czegoś dobrego, jeśli mu na to pozwolimy.
Święty Boże, miej miłosierdzie nad nami i nad całym światem.
Duchu Święty, otwórz nasze serca i daj dar mądrości, roztropności i męstwa do stanięcia w prawdzie najpierw przed samym sobą.
Jezu, dopomóż tym, którzy najbardziej potrzebują Twojego miłosierdzia, uratuj ich od ognia piekielnego.
Matko Boża, dopomóż grzesznikom w zmianie swojego życia.
Pomyśl, Siostro i Bracie, co Twoje sumienie odpowie Panu Bogu na proste pytanie:
Jak żyłeś? Czy jesteś godna, godzien oglądać po śmierci oblicze Boga?
Czy zasługujesz, by po śmierci być w niebie wraz z tymi, którzy uczciwie i przyzwoiciem przeżyli swoje całe życie, wielbiąc Boga i prawdziwie kochając swoich bliźnich?
Ile w Twoim życiu było miłości, a ile nienawiści i braku przebaczenia.?
Ile w Twoim życiu było pychy, chciwości, nieczystości?
Czy szanujesz Matkę Jezusa, Oblubienicę Ducha Świętego, przez którą przyszedł na świat Syn Boży?
Pan Jezus powiedział, że jeśli się GO zaprzesz przed ludźmi, tego Pan Jezus zaprze się przed Swoim Ojcem…
Czy żyjesz w grzechu, licząc na to, że i tak Pan Bóg musi Ci wszystko wybaczyć, bo jest tak Miłosierny?
Czy myślisz już teraz o tym, co się stanie po Twojej śmierci, czy zasłużysz na życie w niebie?
Marek


W moim życiu zawsze w jakimś stopniu był Pan Bóg, ale dopiero w czasie Światowych Dni Młodzieży w Krakowie, w które zaangażował mnie jeden z Kapłanów, zrozumiałam, że Bóg jest miłosierny i Jego wolą jest, abym również ja wzięła udział w tym wielkim wydarzeniu. Podczas ŚDM zmieniło się moje spojrzenie na innych ludzi, a także na świat. Dzięki Kapłanom z innych parafii, spotkanych w czasie tego Bożego czasu, doświadczyłam wielu owoców, które dojrzewają do dnia dzisiejszego i dają wiele łask. Dziękuję Bogu za to, że dwa lata temu postawił na mojej drodze Księdza, dzięki któremu  mogłam dołączyć do Ruchu Światło-Życie. Tam doświadczam ogromu miłości, radości, przyjaźni i zrozumienia od innych młodych ludzi, a także samych Kapłanów. Wspólnota, do której należę, jest prowadzona przez Kapłana i chwała Panu, że mogę dzięki tej wspólnocie poznawać samą siebie i innych poprzez czytanie słowa Bożego, wspólną modlitwę czy wspólne zabawy. Dziękuję Bogu za to, że mogę doświadczać dobroci i pomocy, jaka płynie od Kapłanów – czy to w sakramencie pokuty, czy w zwykłej rozmowie.
Za każdego spotkanego Kapłana w moim życiu dziękuję Bogu, bo to Oni pokazali mi Chrystusa, takiego jakim On jest.
Chwała Panu!
Klaudia, Ruch Światło-Życie


Mama nauczyła mnie kochać.
Tata nauczył mnie myśleć. 
Kapłani nauczyli mnie miłości do Eucharystii. Do największego z cudów, jaki Jezus nam pozostawił. Najpiękniejszy widok na Ziemi – oprócz gór wijących się w stronę nieba – to widok Kapłana trzymającego żywego Jezusa podczas przeistoczenia.
Poruszenie serca i uczucie bliskości Jezusa.
Czysta prawda, z której będziemy rozliczani przed Bogiem.
Bez Kapłanów nie ma Eucharystii. To oni są w najintymniejszych momentach naszego życia. Przy Chrzcie Św., przy śmierci. Przy ślubie, który otwiera bramę do realizowania się w pełni jako mężczyzna i kobieta.
Przy święceniach, dzięki którym Kościół zawsze będzie żył.
Jakub, student UAM-u


Kiedyś byłam bardzo zagubioną, smutną dziewczyną, bez nadziei na lepsze jutro. Jedyne, o czym marzyłam, to bezpieczeństwo i zainteresowanie. Parę lat temu spotkałam na swojej życiowej drodze księdza, który tak po prostu okazał mi życzliwość, zrozumienie, uśmiech i wysłuchał mnie. Po wielu latach pierwszy raz poczułam, że mężczyzna nie musi być kimś, kogo trzeba się bać. Powoli moje życie zaczęło się zmieniać. Pamiętam tę chwilę, to spotkanie doskonale i myślę, że nigdy nie zapomnę tego momentu. Wtedy zaczęło się moje nawrócenie. Bezinteresowny gest miłości zmienił całe moje życie. Pojawił się uśmiech, znikał ciągły strach. Uczyłam się cieszyć życiem i kontaktem z ludźmi.  To tylko jedna z ważnych chwil w moim życiu z udziałem księdza. Dzisiaj znam ich wielu i prawdopodobnie gdyby nie ich pomoc, uśmiech, rozmowa, modlitwa, spowiedź, ogromna cierpliwość, gdy świat się walił, nie byłoby mnie dzisiaj. Mogę powiedzieć, że to Oni uratowali w dużej mierze moje życie. To Oni byli przy mnie, gdy nie było nikogo, kto by pomógł – nawet najbliższych. Dzięki ich dobrym sercom odlazłam Boga, przebaczyłam i jestem szczęśliwa.
Aleksandra, Ruch Światło-Życie


Czasem bardzo trudno jest docenić to, co inni ludzie dla nas robią, bo często pomagają nam z ukrycia. To niesamowite, jak wiele może się zmienić dzięki jednej osobie.
Jestem w Ruchu Światło-Życie od 5 lat. Od tego czasu zdecydowanie zrozumiałam rolę Kościoła w moim życiu.
Jedną z ważniejszych informacji, których się o sobie dowiedziałam, jest to, że bardzo – ale to bardzo – potrzebuję częstej spowiedzi i poczucia takiej wolności zaraz po. I tutaj pojawia się kwestia dobrego spowiednika. Otóż z tym zawsze był problem, ponieważ trudno jest zaufać właściwie obcej osobie i zwierzyć się ze wszystkiego, co leży nam na sercu. Zdarzyło się, że zostałam w konfesjonale potraktowana nie tak, jak powinnam, nieprofesjonalnie i z pogardą. Od tego czasu podchodziłam do tego z dużym dystansem, ale kiedyś usłyszałam od księdza, że jestem księżniczką Boga i że to On spotyka się ze mną podczas spowiedzi. To przywróciło moją nadzieję i chęci.
Uważam, że dobry spowiednik, odpowiedni kapłan, to istotna sprawa, bo to do niego musimy mieć zaufanie. Mój spowiednik już niejednokrotnie udowodnił, choćby w rozmowach prywatnych, że wie o moim sercu wiele i że jest chętny mi pomóc, jeśli będę tego potrzebowała. Czy to nie piękne, kiedy kapłan ofiaruje nam swoją pomoc tak bezinteresownie, bo wie że tego potrzebujemy?
Moje życie nigdy nie było proste. Wiele przeszłam. Niejednokrotnie leżałam w szpitalach z powodu różnych dolegliwości. Wiele razy też byłam operowana. Ale to księża byli pierwszymi, którzy czuwali przy moim łóżku, kiedy potrzebowałam wsparcia, rozmowy i pocieszenia. Przynosili owoce, rozmawiali albo przywozili do mnie moich przyjaciół. Wspaniałe, po prostu wspaniałe, kiedy budzisz się po operacji i wiesz, że ksiądz przywiózł do Ciebie pół miasta w odwiedziny!
Uważam, że księża to ludzie o niesamowitych sercach, mało kto ma takie pokłady cierpliwości i dobroci właśnie wtedy, kiedy najbardziej tego potrzebujemy.
Olga, Ruch Światło-Życie


W moim przypadku dostrzegam, że mam łaskę Bożą lub szczęście.
Wychowałem się w katolickiej rodzinie. W wieku 11 lat zostałem ministrantem – zatem mam już bliższy kontakt z księdzem pierwszym (proboszczem) i drugim (wikariuszem). Bardzo w porządku księża, zwłaszcza drugi, który koordynował naszą liczną służbę liturgiczną (ok. 50 osób). Byłem z Nim m.in. w basenie we Wrześni, na Pasji w Słupcy, w Rościnnie z całą służbą liturgiczną. Nie był pedofilem, a był jak drugi ojciec: przyjacielski, mądry ale i surowy – grabiłem liście i kosiłem trawę po tym, gdy kiedyś wdrapałem się na dach budynku podczas wyjazdu do Rościnna. Pod Jego okiem uczyłem się czytać na Mszy Św. i zostałem ceremoniarzem (wyższy stopień lektora), a żeby nim zostać odbyłem kurs ceremoniarski, gdzie było dwóch księży – trzeci i czwarty, którzy pomogli też doprowadzić z łaską Bożą do głębokiego nawrócenia w sercu (z grzechów). Służę do dziś (od 13 lat) w lokalnej parafii, nie nudzi mi się liturgia, a wręcz przeciwnie – kręci. W moim kościele spotkałem (od zostania ministrantem) posługujących 12 księży. Na kursie ceremoniarskim było 2 księży. Jestem też animatorem w Ruchu Światło-Życie. Spotkałem w tym środowisku 7 księży i mam dobry kontakt z 4 ojcami franciszkanami konwentualnymi z prowincji Gdańskiej. To jest 25 kapłanów, a nie zliczyłem wszystkich okazjonalnych. Taką napotkałem rzeczywistość, mam szczęście, bo mogłem trafić na księdza pedofila i paść ofiarą, przez którą zraziłbym się skutecznie do Boga, a są tacy którzy spotkali złych kapłanów i zostali przez nich skrzywdzeni – nie można tego zbagatelizować. Ja mam szczęście. Dziękuję Panie Boże za dobrych księży i o takich proszę w każdym Kościele. Chwała Panu!
Łukasz, Gniezno


Spotkałam na swojej drodze wielu naprawdę cudownych księży… Dziś chcę napisać szczególnie o jednym doświadczeniu…
Od lat jeżdżę na Lednicę, aby przeżyć sakrament spowiedzi. Już sam widok spowiadających się młodych ludzi, siedzących na ziemi, spotykających Chrystusa, wywiera na mnie ogromne wrażenie. Tym razem, stojąc w kolejce do spowiednika, było mi ciężko, czułam się poniżona przez grzech i poraniona. Bałam się, że ksiądz na mnie nakrzyczy – teraz zupełnie nie wiem, skąd rodziła się w moim sercu taka obawa… Tymczasem usłyszałam, że Bóg stworzył mnie naprawdę pięknie i muszę tak żyć, aby ludzie dookoła to widzieli. Na koniec spowiedzi ksiądz pocałował mnie w rękę – taki prosty, ale przepełniony szacunkiem gest przypomniał mi, jak piękne jest powołanie kobiety.
Nigdy nie powiedziałam temu kapłanowi, że tak naprawdę ta spowiedź zmieniła moje życie. Dziś wiem, w jakiej parafii posługuje ten ksiądz, czasem odwiedzam Jego konfesjonał.
Karola, Poznań


Od dziecka mieszkałam na wsi. Odkąd pamiętam, zawsze pomagałam rodzicom w gospodarstwie. Nie miałam dużo czasu dla siebie na zabawę czy spotkania z przyjaciółmi. W relacjach z tatą też nie było za dobrze. W ogóle z nim nie rozmawiałam. Nie czułam się kochana. Tato często podnosił na mnie głos i wyzywał. Nienawidziłam go. Z wiekiem odsuwałam się od Boga. Stałam się wręcz ateistką. Przestałam chodzić do kościoła. Nie rozumiałam, dlaczego muszę tak cierpieć. Dlaczego Bóg na to pozwala. W gimnazjum dzieciaki wyśmiewały mój wygląd, nie miałam modnych ubrań i smartfona w kieszeni. Z czasem moja mama zaczęła mieć problemy z kręgosłupem, przez co musiałam jeszcze więcej pomagać w domu. Wszystko zaczęło się zmieniać, gdy poszłam do technikum. Gdy jechałam busem do szkoły, słuchałam muzyki – dość brzydkiego rapu. Nagle włączył mi się kawałek Tau „ Last minut”. Trochę mnie to zdziwiło, bo nie miałam jej na playliście na YouTube i nigdy wcześniej jej nie słuchałam. Pamiętam, że ta piosenka wywołała we mnie dużo emocji i zaczęłam się zastanawiać nad sensem mojego życia. Kim jestem i po co żyje. Zaczęłam na nowo szukać Boga. Chętniej i aktywniej uczestniczyłam na religię. Dużo zawdzięczam księdzu, który mnie uczył, ale nie tylko. Bóg postawił na mojej drodze odpowiednich ludzi. Dziękuję Bogu, że podał mi rękę i wyprowadził z ciemności. Mój proces nawrócenia trwał dość długo, bo prawie trzy lata. Ale nigdy nie zeszłam z dobrej drogi. Kto szuka, ten znajdzie. Moje życie teraz wygląda całkiem inaczej. Bóg dał mi wspaniałego chłopaka, nowe serce pełne miłości. Mój tato się nie zmienił – nadal sprawia mi sporo cierpienia. Bóg nauczył mnie wybaczać. Modlę się za niego i ufam Bogu. Dziękuję Mu za wszystko – nawet za cierpienie.
Chwała Panu!
Ewa, Tomaszów Lubelski


Przez całe moje życie oraz przygodę z Kościołem nie zostałam skrzywdzona przez żadnego księdza. Nigdy nie dostałam żadnej niemoralnej propozycji. Nie zauważyłam nieodpowiedniego zachowania. Oczywiście wiem, że takie sytuacje się zdarzają, jednak chciałam pokazać, że są one mimo wszystko marginalne.
Kiedy zaczęłam chodzić na spotkania oazowe, wyjazdy, rekolekcje, zaczęłam poznawać nowych, wspaniałych księży, którymi ja, jako młoda dziewczyna, byłam zachwycona. Patrzyłam na nich jako takich opiekunów, trochę kolegów, z którymi zawsze jest zabawnie.
Z biegiem czasu zaczęłam pojmować, że nie taka jest rola księży w Kościele. Zaczęło docierać do mnie, że owszem są fajni i zabawni, ale przede wszystkim są przewodnikami duchowymi, pasterzami, którzy pilnują Bożych owieczek. I tak przez pięć lat spotkałam mnóstwo niesamowitych księży, bez których prawdopodobnie nie byłabym w tym miejscu, w którym jestem. Nie byłabym świadomą, dojrzałą chrześcijanką. To oni pokazali mi prawdziwego Boga, prawdziwy, piękny Kościół, pokazali, jak powinna wyglądać miłość, przyjaźń, wszelkiego rodzaju relacje. Do tej pory mam kontakt z księżmi, do których zawsze mogę zadzwonić po radę, spotkać się, żeby porozmawiać, żeby skonfrontować jakiś temat, podyskutować albo czasem po prostu się wyżalić i posłuchać słowa wsparcia, bo tego też nam bardzo potrzeba.
Wiem, że to są ludzie, którzy zawsze mi dobrze doradzą, którzy zawsze będą starali się przybliżać mnie do Pana Boga i Kościoła. Mimo że czasem nie zgadzam się z niektórymi rzeczami, to właśnie oni w najcierpliwszy sposób na świecie tłumaczą, dlaczego i po co tak jest. I za to bardzo im dziękuję. Jestem wdzięczna, że ON postawił na mojej drodze tak wspaniałych księży, za których codziennie dziękuję i modlę się. To oni właśnie są wiernymi naśladowcami Jezusa na ziemi. Wiem, że w Polsce i na całym świecie jest o wiele więcej takich kapłanów, więc za nich wszystkich Chwała Panu!
Marysia, Ruch Światło-Życie